Close
<strong>Chcę, by dzieci też czuły się swobodnie</strong> — rozmowa z Kasią Vainio

Chcę, by dzieci też czuły się swobodnie — rozmowa z Kasią Vainio

Zaczynamy serię letnich rozmów o dzieciach w miejscach publicznych i o podróżowaniu z dziećmi. Do pierwszej rozmowy zaprosiłyśmy Kasię Vainio, która prowadzi na Instagramie profil Głodna Mama i pokazuje rodzinne wyjścia z dziećmi do restauracji i nie tylko.

Z Kasią rozmawia prezeska Fundacji Rodzic w mieście Agnieszka Krzyżak-Pitura.


Chcę, by dzieci też czuły się swobodnie — nagranie rozmowy z Kasią Vainio

Agnieszka: Cześć, witajcie! Spotykamy się dzisiaj z Kasią Vainio, która prowadzi profil Głodna Mama, na którym opisuje podróże i wizyty w miejscach przyjaznych dzieciom — głównie restauracjach, ale nie tylko. Dzisiaj z Kasią porozmawiamy o tym, jak ona wraz ze swoim mężem i tu myślę, że to jest bardzo ciekawe studium przypadku, ponieważ twój mąż Kasiu nie jest Polakiem… 

Kasia: Nie, nie jest, chociaż mówi dobrze po polsku.

Agnieszka: No to tym bardziej świetnie, bo może będziesz mogła przedstawić też trochę jego perspektywę, chociaż nie jest naszym rozmówcą dzisiaj. 

Ale porozmawiamy sobie o dzieciach w przestrzeni, szczególnie w kontekście miejsc publicznych, też takich, które często odwiedzamy w czasie wakacji. Bo jesteśmy na początku wakacji i stąd pomysł na to, żeby porozmawiać z różnymi mamami podróżujący mi, m.in. z Kasią, o tym, w jaki sposób się w przestrzeni publicznej z dziećmi poruszacie i czujecie. 

Zacznę tę rozmowę od takiego pytania: co najbardziej Twojego męża, ale też Ciebie, jak zostałaś mamą pierwszy raz, zaskoczyło. To znaczy kiedy zobaczyłaś (czy w ogóle zobaczyłaś, bo może to jest tylko moja teza) inny świat. Czy w ogóle postrzegacie z mężem jakieś różnice pomiędzy tym, jak funkcjonowaliście w miejscach publicznych, kiedy nie byliście rodzicami? I czy widzicie jakieś różnice pomiędzy rzeczywistością polską a rzeczywistością fińską Twojego męża?

Kasia: Zacznę od mojego męża. Mniej więcej zapytałam go o coś podobnego. No i to nie jest łatwa odpowiedź, ponieważ on mieszka już właściwie 10 lat w Polsce. Czyli całe dorosłe życie po studiach. No i oczywiście wcześniej, jako student czy nastolatek, nie za bardzo był skupiony na temacie rodziny i tego, jak społeczeństwo fińskie odbiera to, jak funkcjonuje w nim rodzina i jakie ma prawa czy przywileje. 

Natomiast to, na co na pewno zwrócił uwagę w kontekście rodziny, ale nie tylko, to że w Polsce tak dużo przestrzeni jest sprywatyzowanej. Opieka zdrowotna, szpitale, szkoły. W Finlandii nie ma takiego podziału i niezależnie od sytuacji finansowej większość tych usług jest publicznie ogólnodostępnych. Później opowiem o nich trochę dokładniej. To była na pewno jedna z takich pierwszych różnic, które on zauważył. My sami korzystamy z prywatnej opieki zdrowotnej. W Finlandii niezależnie od statusu finansowego wszystko jest publiczne, jeżeli o to chodzi. 

I oczywiście w Finlandii już znacznie dłużej funkcjonuje urlop tacierzyński. Jest bardzo popularny i dużo rodzin z tego korzysta. Kobiety dużo wcześniej wracają do pracy. Nasi znajomi, którym dopiero niedawno urodziło się pierwsze dziecko, korzystają z tego na zasadzie pół na pół, tzn. pierwsze pół roku, gdzie mamę jest ciężko zastąpić, nasza znajoma była ze swoim synkiem. Natomiast teraz nasz znajomy siedzi ze swoim synem kolejne pół roku i nikt się temu nie dziwi. Wszyscy są zadowoleni z tego, uznają to za normalne. A ona jest w stanie dalej funkcjonować zawodowo, tak jak wcześniej. 

Agnieszka: Mam taką tezę, że ten inny podział opieki, o którym powiedziałaś, wpływa też bezpośrednio na to, jak funkcjonują rodzice w przestrzeni publicznej.

No bo jeżeli w Polsce to mama głównie jest na urlopie macierzyńskim przez ten pierwszy rok dziecka, to ona też jest najczęściej widziana w sklepach, kawiarniach, przychodniach, w komunikacji miejskiej, w ogóle na ulicy z dzieckiem. Natomiast jeżeli tata opiekuje się na pełen etat dzieckiem, to wtedy też więcej widzimy mężczyzn z wózkami i nie uważamy tego za ewenement, tak jak to nadal jest w Polsce. 

Bardzo często słyszymy, ja też oczywiście to znam ze swojego doświadczenia, ciekawa jestem, czy Ty też, że jak przychodzi tata z dzieckiem, to rozwijamy czerwony dywan, kiedy wchodzi do przychodni 🙂 A już nie daj Boże do dentysty na przykład, gdzie trudniej w ogóle dziecko do pójścia namówić. 

Natomiast mamy są jednak, nie chcę użyć takiego sformułowania, krytykowane, ale ciągle obserwowane, ocenianie w kontekście oceny tego, jak funkcjonują z dziećmi. Zastanawia mnie, czy ta prywatyzacja usług, o której mówisz, może według Ciebie wpływać na funkcjonowanie rodziców w przestrzeni? Masz na to jakiś pomysł może? 

Kasia: U nas w Polsce jak to wpływa? 

Agnieszka: W Polsce i w Finlandii w porównaniu. Bo zastanawiam się, czy to na przykład — to jest taki mój pomysł, oczywiście nie opieram się na żadnych badaniach — że usługi są publiczne, że społeczeństwo w tym partycypuje, że wszystkie dzieci mają dostęp do żłobka czy przedszkola, też wpływa na to, że generalnie dzieci są bardziej uznawane za część społeczeństwa. 

Kasia: Na pewno tak. Natomiast nie łudźmy się, Finlandia nie jest idealna. My jako Polacy mamy tendencję do idealizowania Skandynawii — także krajów nordyckich, bo Finlandia to nie jest do końca Skandynawia, mój mąż zawsze to podkreśla. A tam też nie jest idealnie i myślę, że dojdziemy do tego, co tam trochę gorzej funkcjonuje niż u nas. Natomiast tak, tam sama idea tego, że to wszystko jest publiczne, wywodzi się z tego, że państwo ma dużo bardziej opiekuńczą funkcję wobec obywatela. 

Może niektórzy Polacy by się oburzali, że tam jest tak dużo rzeczy narzucanych, jak chociażby słynna debata o sklepach alkoholowych, czy to, że dzieci od małego idą do żłobka. I nikt się nad tym nie pochyla tak jak u nas — biedne dziecko, skrzywdzone, idzie do żłobka. Jest ocena matki w tym kontekście, że albo oddaje za wcześnie, albo nie oddaje i jest nierobem. Tam to jest trochę bardziej płaskie, jeżeli chodzi o społeczeństwo. Są pewne rzeczy, które się robi. Jest powiedziane, że tak ma być. I Finowie są świetni w przestrzeganiu zasad. Oni uwielbiają mieć zasadę punkcik po punkciku i oni za tym podążają. Wtedy są bardzo szczęśliwi. 

Agnieszka: Na pewno to też trochę ułatwia życie, jest pomocne, tak sobie myślę. 

Kasia: Tak, natomiast ja jako Polka, jak tam jeździłam i było tych zasad tyle do przestrzegania — i mój mąż, jako Fin, też mieszkając na początku w Polsce — mieliśmy z tym problem. On się różnymi rzeczami stresował, a ja miałam takie podejście, że przecież jakoś to będzie. On tego nie rozumiał. 

Dopiero teraz zaczął trochę przejmować ten nasz styl. Jak jedzie do Finlandii, to często jego rodzice zwracają uwagę: o Boże, Lassi, ty już długo mieszkasz w Polsce, bo zupełnie inaczej podchodzisz do niektórych rzeczy. 

Tam wszystko jest takie od linijki. To bywa czasami irytujące, ale Finowie dobrze w tym funkcjonują i my też z zewnątrz widzimy, że to jako kraj, jako społeczeństwo ma duże plusy. 

Agnieszka: To jest bardzo ciekawe, bo moje wyobrażenie na temat krajów nordyckich i podejścia do dzieci jest takie, że tam dzieci mają dużo więcej swobody i trochę mi się to kłóci z tym, co powiedziałaś o zasadach. Jak to wygląda w kontekście dzieci i funkcjonowania w takich miejscach jak np. biblioteki, muzea, restauracje, komunikacja publiczna? 

Kasia: No dobra, to wrzuciłaś to wszystko do jednego worka. Ja bym to wyciągnęła i podzieliła na strefę publiczną i prywatną. Strefa publiczna, którą zapewnia państwo, jest dostosowana właściwie do wszystkich obywateli, czyli od małych dzieci do emerytów. No i miejsca publiczne, takie jak biblioteki czy muzea są, tak jak mówię, dostosowane do każdego. 

Biblioteka Oodi w Helsinkach (zdjęcie Kasia Vainio)

Na początku roku relacjonowałam naszą podróż do Helsinek na moim Instagramie i tam pokazywałam bibliotekę Oodi. To jest najnowsza biblioteka, piękny drewniany budynek, w fińskim, giętym drewnie — oni tam szaleją na punkcie swojego dizajnu. To jest biblioteka stosunkowo nowa, bo powstała zaraz przed pandemią, chyba w grudniu 2018 roku została otwarta. I to jest z nazwy biblioteka, ale tak naprawdę to jest miejsce kultury. Ja ją zawsze podaję jako przykład tego, jak Finowie podchodzą do przestrzeni publicznej.

Właściwie z całej biblioteki, jedna trzecia jest tak naprawdę biblioteką. Reszta to jest tak zwana, i to można znaleźć na ich stronie internetowej, strefa relaksu. I tam jest miejsce do czytania, są sofy, kanapy, są szachy, warcaby. Są też strefy dla emerytów.

To jest starzejące się społeczeństwo, jedno ze starszych w Europie, więc dużo też jest pod ich potrzeby robione. To widać w przestrzeni publicznej, że to jest dla starszych ludzi. Ale jest też restauracja, kawiarnia. Jest też całe jedno piętro, na którym właściwie połowa jest przeznaczona dla dzieci. Jest wielka bawialnia otoczona książkami. Piękny widok na Helsinki z tej bawialni, pełno rodziców, którzy sobie tam przesiadują.

Jak my tam byliśmy, to zaproszono nas na darmowe gordonki, bo tam się odbywają też różne zajęcia dla rodziców i dla dzieci. Tak że to też pokazuje atmosferę, jaka tam panuje. To jest biblioteka, ale ona jest jednak dla mieszkańców i to się da odczuć. I w tej atmosferze, i w tym, jak ona funkcjonuje — tam wszystko jest dla ludzi jeżeli chodzi o tę strefę publiczną. 

Wnętrze biblioteki Oodi w Helsinkach (zdjęcie Kasia Vainio)

Natomiast jeżeli chodzi o miejsca prywatne, czyli to, na czym skupia się mój profil — restauracje, kawiarnie — to jest zupełnie odwrotnie. Jadąc do Finlandii, robiłam research pod kątem mojego profilu, jeżeli chodzi o miejsca przyjazne dzieciom. Czyli gdzie możemy zjeść tak, żeby nasze dzieciaki (moja córka, która wtedy była poniżej roku i mój synek, który ma 5 lat), też czuły się swobodnie. Bo małe dzieci, zależy od dziecka oczywiście, mają  czasem problem, żeby usiedzieć w miejscu przez cały posiłek. 

No i powiem szczerze, że w Google nie znalazłam nic. Pisałam do punktów informacyjnych, pytałam naszych znajomych i tutaj też zaznaczę, że nasi znajomi z Finlandii dużo później mają dzieci niż w Polsce, więc oni też dopiero odkrywają ten temat. Tam dopiero się pojawiają dzieci w rodzinach, więc oni jeszcze są na trochę innym etapie wychodzenia do restauracji. 

No i w takich warszawskich standardach, do których my jesteśmy przyzwyczajeni, to nie znalazłem nic. Bo takim maksem dla dzieci były jakieś, krzesełka, przewijak w toalecie i nie wiem, już naprawdę taki top of the top jak były gdzieś kredki.

Nie było takich miejsc jak u nas, że np. wchodzi się do restauracji, która jest całkiem elegancka i jest kącik dla dzieci, gdzie mój syn 5-letni od razu biegnie i wpada do stolika tylko na chwilę przegryźć jakąś frytkę i biegnie dalej się bawić. Takich miejsc w ogóle tam nie ma. 

Zastanawialiśmy się z mężem, z czego to może wynikać. I to jest nasze prywatne przemyślenie, oczywiście niepoparte żadnymi statystykami, ale wydaje mi się, że tam po prostu jest na tyle drogo, że statystyczny Fin, który nawet zarabia więcej statystycznie niż Polak, jak już idzie do tej restauracji i kupuje coś poza lunchem i bufetem, które tam są super popularne, to płaci dużą część swojej pensji. Bo tam faktycznie wyjście do restauracji na dania z karty to jest droga rzecz. Więc może po prostu nie idzie z dziećmi i idzie przeżuwać w spokoju i delektuje się tym jedzeniem.

Nie myśli o tym, żeby to było wyjście rodzinne, tylko patrzy na to, żeby spędzić ten czas w spokoju. Oczywiście, ja sobie tutaj trochę żartuję, widywaliśmy tam rodziny z dziećmi. To nie jest tak, że tych dzieci w restauracjach i kawiarniach nie widać. Po prostu jest to inaczej zorganizowane. Ale dzieci też tam biegały.

Agnieszka: Z tego, co mówisz, wynikałoby, że Finowie nie chodzą tak często do restauracji, że to nie jest kraj, gdzie w restauracjach się przesiaduje. 

Kasia: Nie. Oczywiście są ludzie w restauracjach. Ale tak jak mówię, dla nich wyjście do restauracji — jak my np. odwiedzamy naszych teściów, oni nas gdzieś zapraszają — to jest bufet. Płacisz raz i jesz, ile możesz. To jest najbardziej popularna forma wyjścia do restauracji w Finlandii. A takie wyjście jak u nas się wychodzi, na śniadanie czy coś, to jest raczej od święta. 

Agnieszka: A powiedz mi w takim razie, tutaj już przenosimy się bezpośrednio do tego, co robisz na blogu, czego Wy szukacie, jak wychodzicie gdzieś do restauracji, kawiarni czy w jakieś inne miejsce? Możesz powiedzieć, co dla Ciebie jest miejscem właśnie przyjaznym, tak jak je określasz, dla Ciebie i dla Twojej rodziny? Czego szukacie i czy to jest taka informacja, którą łatwo znaleźć? Czy jednak musisz poświęcić trochę czasu na to, żeby znaleźć to, czego szukasz?

Kasia: To może zacznę od tego, na czym się skupiam. Skupiamy się głównie na tym, żeby nasze dzieci, które też się zmieniają, dorastają — ich potrzeby są inne, ich rozwój mentalny, fizyczny — żeby one też się czuły swobodnie, jeżeli wychodzimy razem. 

Moja córka jest teraz roczniakiem i jest w takim wieku, gdzie musi chodzić cały czas. Krzesełko ją parzy w pupę, ona po prostu nie wysiedzi, więc wyjście z nią do restauracji, gdzie musiałaby być w tym krzesełku cały czas, to by była tortura dla wszystkich. Dla niej przede wszystkim. Tak więc wychodząc, skupiamy się na tym, żeby to było miejsce, w którym nasze dzieci będą się czuły swobodnie. 

Ja w ogóle muszę powiedzieć, że mało kiedy, a właściwie bardzo rzadko, spotykam się z jakimiś nieprzyjemnościami od osób trzecich w stosunku do moich dzieci. A to wcale nie są anioły, podkreślam. Niektóre osoby patrząc na Instagram, gdzie mają jakiś tam urywek naszego wyjścia, tak przedstawione na zdjęciach i filmikach, może tak pomyśleć, ale nie. 

Nie spotkałam się z jakimś ostracyzmem wobec mnie jako matki czy nas jako rodziców. Staramy się  dostosowywać wyjście do restauracji do pory dnia, w której wychodzimy. Wiadomo, dzieci mogą być bardziej zmęczone. Może być to pora kolidująca z drzemką, no to wtedy nie służy to nikomu. Ale też do wieku. Mój 5-latek, jeżeli wychodzę z nim, mam szerszą gamę restauracji i kawiarni, gdzie mogę wyjść, bo on jest w stanie wysiedzieć przy stole i jest w stanie poczytać książkę czy porysować. Natomiast mała jest na takim etapie małego dzikusa, który biega cały czas. No więc sprawdzamy, czy jest tam coś dla nich i czy będziemy się dobrze bawić. No bo nie ma sensu wychodzić w miejsce, gdzie będzie fantastyczne jedzenie, a ja je połknę na szybko i nie będę nawet wiedziała, co zjadłam. 

Agnieszka: O to też Cię chciałam zapytać. Czy zdarza Ci się przypadkiem gdzieś wejść, nie w wyszukane wcześniej miejsce, nie z takim planem i pomysłem na to gdzie idziecie, tylko przypadkiem? Czy Wam się zdarza tak wejść do kawiarni, restauracji? Czy raczej jesteś tutaj przezorną mamą, ubezpieczoną na różne sytuacje? 

Kasia: Staram się w większości być przezorną mamą, bo takie wyjścia na chybił trafił często mogą się skończyć katastrofą. Mimo że ja prowadzę ten profil, to u nas też tak jest, że wszyscy wychodzimy pokłóceni, dzieci płaczą, ja płaczę i jest ogólny armagedon. Trochę oczywiście koloryzuję, ale bywają takie wyjścia u nas. 

Natomiast staram się sprawdzać te miejsca. My z mężem obydwoje mamy taką tendencję do dużego planowania, więc zawsze naprzód mamy zaplanowany weekend, co będziemy robić i stąd też chęć do prowadzenia tego profilu. No bo ja i tak to robię na co dzień. Do tej pory tak funkcjonowaliśmy, że sobie ustawialiśmy weekend tak, żeby było fajnie dla nas i dla dzieci. Czyli trochę coś dla nas, trochę dla dzieci. Zazwyczaj to się sprawdza. 

W restauracji z dziećmi (zdjęcie Kasia Vainio)

Agnieszka: Mówisz, jeśli dobrze zrozumiałam, że założyłaś ten profil, bo i tak tam jesteś, w tych miejscach i je w jakiś sposób sprawdzasz, testujesz. Natomiast pewnie masz jakiś zamysł w tym, co byś chciała i komu przekazać poprzez prowadzenie swojego profilu Głodna Mama. 

Kasia: No właśnie tak sobie myślałam, że pamiętam siebie sprzed 5 lat, kiedy byłam świeżo upieczoną mamą mojego Jasia. I jak dużo rzeczy było dla mnie bardzo stresujących. Chociażby wyjście z domu z nim, bo wcześniej nie znałam schematów, które rządzą zachowaniem dzieci. Nie ma takich schematów właściwie. No ale są jakieś tam powtarzalne zachowania, które zauważają wszystkie mamy. Jak rozmawiamy ze sobą, to nasze dzieci w pewnym wieku zachowują się pewien sposób. Ja tego jeszcze nie doświadczyłam, nie znałam tego. 

Zamysłem tego profilu jest oswajanie takich miejsc dla mamy, która siedzi w domu, czuje się samotna, bo boi się wyjść z tym dzieckiem — że ono zacznie płakać, że zrobi kupkę, albo będzie głodne, a w menu nic się nie znajdzie. Albo, że będzie chciało pobiegać, a to będzie taka restauracja, gdzie się nie da. Ja po prostu chcę pokazać, co w tym miejscu jest. Pokazuję, taki przynajmniej mam zamysł, parę zdjęć jak wygląda ta przestrzeń, że tutaj znajduje się kącik dla dzieci, menu dziecięce wygląda tak, ceny są takie, co jest dla dzieci ogólnie — zawsze mam taką zakładkę jeżeli chodzi o miejsca, które odwiedzam. Wypisuję tam to wszystko, co ja znalazłam, co jest przyjazne dzieciom i wiadomo wtedy np. że jest krzesełko, przewijak, menu, jest kącik, nie wiem, są dostępne kredki. 

Tak jak mówię, mam na celu oswojenie tych miejsc dla innych mam, żeby ułatwić im wyjście z domu. Bo wiem, sama tego doświadczyłam oczywiście na własnej skórze, z jaką samotnością potrafi się wiązać macierzyństwo i z jakimi lękami też jeżeli chodzi o społeczeństwo. No bo siedząc w internecie, karmiąc piersią i scrollując, można trafić na bardzo różne treści, które nie zawsze mają odzwierciedlenie w tym, jak wygląda rzeczywistość. W internecie ludzie pokazują jakieś cechy, których na co dzień byśmy w ogóle nie zauważyli. 

Agnieszka: A jak myślisz, z czego to wynika? Wiadomo, że Internet jest specyficzną przestrzenią i tam każdy czuje się uprawniony do tego, żeby krytykować wszystkich. Natomiast matki, mam wrażenie, są taką grupą na celowniku niektórych. Wynika to z bardzo wielu rzeczy, głównie z dużej polaryzacji naszego społeczeństwa, która nastąpiła chyba głównie po wprowadzeniu programu 500+ i podziału na tych, co mają dzieci i tych, co ich nie mają. 

Natomiast jak myślisz, z czego wynikają te różne skrajne komentarze i reakcje  dotyczące matek czy macierzyństwa? Jednak mam takie przekonanie, że bardziej matek niż ojców. 

Kasia: Tak, są takie pojęcia, których ja bardzo nie lubię, czyli maDka przez D i tateł jeszcze jest, ale funkcjonuje dużo rzadziej. Po pierwsze to wydaje mi się, że właśnie z tego, że internet daje nam pewną zasłonę.

Czujemy się dużo bardziej anonimowi, dużo mniej odpowiadamy za to, co mówimy. Możemy napisać cokolwiek. I to można zaobserwować jeżeli chodzi nawet o własnych znajomych, którzy na co dzień są bardzo spokojnymi ludźmi, a otworzyć ich profil i „O mój Boże, co on pisze?” Natomiast jeżeli chodzi o same mamy, to ciężko mi powiedzieć tak naprawdę, z czego to wynika.

Może właśnie z tego, że potrzebujemy jako społeczeństwo takiego kozła ofiarnego do różnych niepowodzeń, które nam się przytrafiają. A ostatnie lata pokazują, że nie jest łatwo nikomu, bo po kolei mamy pandemię, wojnę, inflację i różne frustracje się przez to budzą. Są pewne grupy społeczne, które są dużo słabsze i można na nie wylewać pomyje. I może to jest takie bardziej populistyczne np. mówienie o matkach, bo dużo osób może się poczuć znawcami w temacie, bo każdy ma matkę i może ma jakieś negatywne skojarzenia jeżeli chodzi o własne doświadczenia z dzieciństwa. 

Agnieszka: Chciałbym Cię jeszcze zapytać o większe podróże, tzn. wyjazdy wakacyjne, feryjne, bo rozmawiamy latem. Czy podróżujecie i jak Wy się czujecie w podróży z dziećmi i jak czujesz, że jesteście odbierani? 

Powiedziałaś, że jeśli chodzi o wyjście na miasto, to nie spotkałaś się z jakimiś negatywnymi reakcjami, komentarzami, spojrzeniami. Ciekawa jestem, czy to samo się tyczy wyjazdów wakacyjnych. Podzielisz się swoim doświadczeniem, Waszym doświadczeniem? 

Kasia: Muszę to podzielić na dwa okresy mojego życia. Bo Emilka ma dopiero rok, więc ja jestem świeżą mamą dwójki dzieci i ona jest jeszcze w takim wieku, że się bardzo dynamicznie zmienia, jej charakter właściwie się ujawnia dopiero. 

Jeżeli chodzi o podróże z jednym dzieckiem, to tak, bardzo dużo podróżowaliśmy i mieliśmy właściwie same pozytywne doświadczenia. Albo ja jestem taką szczęściarą, albo po prostu mam grubą skórę jeżeli chodzi o jakieś przewracanie oczami innych ludzi, już na to nie zwracam uwagi. Po jakimś czasie przestało mnie to obchodzić. Tak się zastanawiam, czy to może właśnie z tego wynikać, czy są ludzie, którzy bardziej to biorą do siebie? Mój Janek nie jest cichym dzieckiem, które potrafi usiedzieć w spokoju. On cały czas coś mówi, jak nie mówi, to śpiewa, a jak nie mówi, ani nie śpiewa, to znaczy, że jest chory.

Więc to nie jest tak, że siedzi w samolocie jak myszka. Ale spotykamy się, spotykaliśmy się bardzo często z życzliwością ludzi, którzy w samolocie go zaczepiali, jeżeli zaczynał płakać i się nudził. Mam wrażenie, że spotyka nas dużo takiego zrozumienia i jestem za to bardzo wdzięczna. I może też dlatego wyszłam z tej skorupki do tego profilu, bo nie czuję zagrożenia jeżeli chodzi o pokazywanie się publicznie z dziećmi. Z Jasiem podróżowaliśmy bardzo dużo, on zaliczył, do pandemii, ponad 20 lotów. Był oczywiście w Finlandii, bo to jest jego druga ojczyzna, ale był też we Włoszech, w Grecji. Byliśmy w Norwegii razem, byliśmy w Danii.

Naprawdę sporo z nim podróżujemy. On tęskni za lataniem samolotami, bo ostatnio jak Emilka była malutka, tych podróży było znacznie mniej lub bardziej po Polsce, bo tak było łatwiej z niemowlakiem. No ale teraz zobaczymy, jak to będzie z dwójką dzieci. Przed nami niedługo podróż do Finlandii znowu, co prawda w miarę krótki lot, bo Gdańsk-Turku to jest półtorej godziny lotu. Zobaczymy. Może za jakiś czas znowu porozmawiamy i powiem, że o Boże, już nigdy więcej. Nie, żartuję oczywiście. 

Podróż samolotem z dziećmi (zdjęcie Kasia Vainio)

Agnieszka: Mnie bardzo cieszy to, co mówisz. Twoje doświadczenia jednak są pozytywne, co mam nadzieję, też jest przykładem tego, że się zmieniamy jako społeczeństwo. I że to nie jest tak, że ty przypadkiem trafiasz na ludzi, którzy są życzliwi, tylko że jednak nam się perspektywa trochę zmienia. 

Kasia: Rozmawiałam z koleżankami o tym i tak, na pewno jest to wpływ tego, że mieszkamy w Warszawie. Jesteśmy tutaj w pewnej bańce, otaczamy się ludźmi trochę o podobnych poglądach i myślę, że to też ma wpływ. Gdzieś tam w mniejszych miejscowościach, gdzie jest trochę inny przekrój społeczny, i te miejsca niekiedy są mniej dostosowane dla rodzin, na pewno mamy mogą mieć inne doświadczenie. Nie umniejszam tego, że ktoś mówi, że go spotykają jakieś nieprzyjemności, chociażby w komunikacji publicznej. Też sobie przypominam jakąś pojedynczą taką sytuację, ale chyba po prostu po mnie to spływa. Muszę przyznać, że potrafię to zbyć. 

Agnieszka: Kasiu, bardzo Ci dziękuję za rozmowę. A Was dziewczyny i chłopaki, mamy i tatowie, jeśli chcielibyście się podzielić swoimi doświadczeniami z Waszego podróżowania i przebywania z dziećmi w miejscach publicznych, zapraszamy do kontaktu z nami. Można nas znaleźć na mediach społecznościowych, na Facebooku, Instagramie, LinkedIn, ale też  oczywiście na stronie internetowej Fundacji Rodzic w Mieście.

Zapraszamy też na profil instagramowy Głodna Mama. Znajdziecie tam porady, które mamy nadzieję, ośmielą was do wyjścia ze skorupy, tak jak powiedziałaś. No i życzymy Wam udanych eksploracji z dziećmi w miejscach publicznych. 

Kasia: Dokładnie, nie bójcie się wychodzić. 

Agnieszka: Przestrzeń należy do wszystkich, także do dzieci.

Kasia: Dokładnie. Jesteśmy częścią społeczeństwa. 

Agnieszka: Wielkie dzięki Kasiu, raz jeszcze.

Kasia: Dziękuję bardzo.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Co każdy rodzic powinien wiedzieć?

 

  • jak bezpiecznie i przyjemnie dojechać tam gdzie chce;
  • jak ciekawie spędzić weekend;
  • gdzie zjeść rodzinny obiad lub wypić kawę;
  • do jakiego muzeum można wjechać wózkiem
  • który pracodawca pozwoli przyjść z dzieckiem do pracy.

To i wiele więcej wprost na Twoją skrzynkę!

ZAPISZ SIE!